poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Złamałam nogę

Złamałam nogę szusując na desce snowboardowej w Alpach Szwajcarskich.

Barbaro, tak nie było...

No dobrze połamałam nogę w sypialni i nie pytaj o nic więcej.

Dwa dni chodziłam z połamaną, a jak mi powiedzieli, że złamana to zaczęłam skamleć, że chcę do pracy.

Nie dało rady, gipsowy bucik na syrkę i może sobie Pani iść. Ale proszę pamiętać, żeby na niej nie stawać. Wyskakałam z gabinetu i co dalej?

I tu zaczyna się historia o ludzkiej życzliwości...

Zdążyłam oprzeć się o ścianę, podeszła obca kobitka i zapytała czy chcę wózek.

Z miłą chęcią.

Poleciała lotem błyskawicy i gdy tylko zdążyłam dupsko posadowić, podbiegł jakiś Pan- chyba wolontariusz i łagodnym głosem nie znoszącym sprzeciwu mówi, że on mnie zawiezie, gdzie tylko chcę. No to jadę długimi korytarzami z rozwianym włosem, delikatny powiew schładza mój spocony ryj. Dziękuję za przejażdżkę i tu przejmuje mnie Czcigodny Małżonek, nieco zdziwiony. No bo przecież dzień wcześniej kupiłam sobie trzy pary eleganckich przecenionych sandałków. Aż się na usta cisnęło, po co pary kupowałam, jak można było po jednym z regału ukraść. Na to wszystko nadjeżdża ciocia Pati i oddaje Kindziołkę po 13-godzinnym maratonie ze Szkodnikiem. Niech Cię niebo ozłoci. A w domu wujaszek Cabra jak troskliwy miś pilnuje pozostałych Szkodników.

Dom. Matko. Jak ja na tych schodach karkoskrętnych dam sobie radę przez pierwsze dni, nim przywyknę do kotwicy przy nodze. Żarówka! Teściowa! Jadę do Teściowej, ona progów nie ma i troskliwie się mną zaopiekuje, galaretkę zrobi z kurczaka. Zatem do sanatorium. Ba, ale jak? Auta w automacie nie posiadam, więc pozostał pociąg. Czcigodny odstawił mnie do dworcowego baru, to myślę, zjem se zapsę, bo "droga długa jest, nie wiadomo czy ma kres...". Sił potrzeba...Prawie mnie ta zapsa zabiła. Metr zapiekanki na mój obkurczony żołądeczek? Prawie, prawie, ale poległam. Pokonała mnie.


1/2 Zabójczej zapsy



Po drodze spotkałam jeszcze SOKistę. Tylko czekałam, żeby się przyczepił i złośliwie skomentował, ale nie... Spojrzał ze współczuciem i powiedział, że niezbadane są wyroki...

Zbieram się na pociąg. W barze siedzi starsza Pani i pyta czy złamana, czy boli... wymieniamy kilka grzecznościowych zdań. Pani pyta: jak ma na imię? Cała krew z mózgu odpłynęła do żołądka, żeby ogarnąć te 75 centysztoksów zapiekanki, więc w pierwszej chwili myślę: noga jak ma na imię? Resztki szarych komórek podpowiadają: Basia!! No to mówię: Basia i słyszę na odchodne: Basiu, żeby Cię nie bolało.

Wow, zatkało mnie. Tyle ciepła  i życzliwości w pięciu słowach.

Wsiadam do zapełnionego pociągu i oczywiście okazuje się, że moja miejscówka jest w wagonie nr 13. Na początku składu, zaraz za lokomotywą. Nie muszę mówić, że lokomotywa zatrzymała się na kolejnej stacji.

No to idę. Przeciskam się przez dziki, aromatyczny tłum. Kiedy już myślałam, że zdechnę i w trumnie wystąpię w jednym pantofelku jak Kopciuszek, wypatrzył mnie konduktor i mówi, że tu jest pusty wagon. Pusty! Moja noga jechała jak królowa...I ja też.


Kopciuszek



Wysiadam w Sosnowcu Północy i patrzę na schody do nieba. Opieram się o chłodną ścianę i próbuję sobie przypomnieć jakąś mantrę w stylu 'You can do it' albo 'Jesteś zwycięzcą'. Stałabym tam pewnie do teraz, ale otworzyłam oczy a tu stoi przede mną Pan i pyta się czy pomóc, nadstawia ramię, mówi, że torebkę weźmie...No no, czytałam w internecie, ucieknie i nie dogonię... Weźmie Pan kule a ja już doskikam. Pan podpytuje, jak do tego doszło. Zaczynam mówić, a on z miejsca od razu wie jak, nie komentuje, nie nabija się, tylko mówi, że miał identycznie, ale że nie złamał. Jakby czytał w moich myślach.

Przysiadam na ławce, akurat naprzeciwko robotnika drogowego i słyszę życzliwe: "przerąbane, co?"

Nooo, przerąbane...

Ale przecież "nie będzie mnie bolało" i "niezbadane są wyroki", więc może uniknęłam większego nieszczęścia...

P.S.  Jeśli po raz tysiąc dwudziesty pierwszy usłyszę: "Gdyby kózka nie skakała", to nie ręczę za siebie. Zdzielę kulą po plerach, obiecuję.

Dziewczynki bardzo o mnie dbają. Poprosiłam Walerkę o sałatkę z lodówki i kromkę chleba. Ukrojone w miarę możliwości...

Żyć, nie umierać...


Prawie jak urlop...

Ładowanie akumulatorów...


Powiedz Klusko, kiedy gips mi zdejmą...





2 komentarze:

  1. Też mi Kopciuszek !? Raczej koza! Noo może kózka...

    Żebyś kózko nie fikała (w sypialni)
    To byś bardziej wariowała
    Chociaż wigor zdobi życie
    Trza miarkować to 'spożycie'

    Między złamaniem a urazem stawu skokowego jest raka różnica, jak między piciem w Szczawnicy a szcz.niem w piwnicy!
    :o))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kto mówi o urazie stawu skokowego, Doktorku :D?
      Rentgen w oczach tym razem zawiódł :P. Wybieram złamanie V kości śródstopia i picie w piwnicy.

      Usuń

Zapraszam do komentowania i zadawania pytań