poniedziałek, 19 czerwca 2017

Zydelek

Razu pewnego, dnia letniego, zobaczyłam nogi wystające ze sterty. Od  razu odruch automatyczny, żeby biec, ratować, ocalić...

 

Słów kilka wprowadzenia tu potrzeba. Ja to się najlepiej prezentuję w pozycji pół horyzontalnej na szezlongu. Tak, żeby nie zużywać za dużo energii, najlepiej jeszcze uzupełnić jakąś zdrowotną ziemniaczaną przekąską na zapas. Leżeć, nie ruszać się, nie śmierdzieć.

 

Ale jak zobaczyłam te nogi, to nagle z rozleniwionego koali, przemieniłam się w kunę leśną, zwinną i szybką. Błyskawicznie pokonałam przeszkody w postaci płotu, stosu desek i innych śmieci i ciągnę za te nogi. Jak za tą rzepę z wierszyka. A pomocy znikąd. Złowieszcze deski gwoździami się na mnie szczerzą. Cała misterna konstrukcja zbierana przez lata chybocze się na boki, jeden cel mając... Zmiażdżyć mnie, zasypać, skarbu nie oddać. 

 

Ciasno było i ciężko, ale jak złapałam, to już nie puściłam. W końcu po wielu mozołach udało się wyciągnąć owe nogi z tej śmieciastej matni, obrócić do pionu i obejrzeć. A jak już moje oko zobaczyło, to chęć posiadania się pojawiła, którą zaspokoić należało. Trwało to, nie powiem. Najpierw trzeba było zgodę Dziadka uzyskać, bo w końcu to w jego składziku owe nogi dojrzałam. Potem załatwić transport. Potem nogi musiały odleżeć swoje w drewutni, przezimować, aby koala z szezlonga namyśliła się, zadek podniosła i zydelkiem się zajęła. No i masz babo placek, w końcu jest. W komplecie z łazienkową toaletką.

 

P.S. Podobnież, że w tej hałdzie, jeszcze gdzieś oparcie leży, ale to już poszukiwania na szerszą skalę muszę z Teściem urządzić...

P.S. 2 Nie wiem czy to się tak wprost kojarzy, więc może lepiej napiszę. To jest krzesło do pianina. Podobnież.

P.S. 3 Gęba mi się nie zamyka. W końcu po wielu latach i hektolitrach zakupionych farb, udało mi się odnaleźć kolor, który w mrokach mej duszy się od dawna pałętał. Ten kolor co konie brązowo- czarne mają. Kolor koniowy.















niedziela, 18 czerwca 2017

Stoliczek na kółkach

Historia jego krótka i mało treściwa. Z Allergio pochodzi. Korzeni nie ma. Ze Starych Jabłonek przyjechał.

Ambicje wielkie miał, by trunki szlachetne z jego torsu serwowane były. A skończył jako stolik na szczotki szkodnicze do zębów, gęsto i często pastą miętową zraszany. Jeden z gości w przypływie mocy uchwyt mu kiedyś urwał. Ale twierdził, że niechcący, więc wybaczyć mu należy i nadmiar siły i nieuwagę.


Stał tak cierpliwie, z pokorą znosząc te bryzgi piany z wanny, te kleksy z fluorem a nierzadko i skarpę woniejącą, świeżo z małej stopy zzutą.


Aż razu pewnego powiedział, że dość i basta. Wyprowadza się. I potoczył się na skrzypiących kółkach do kanciapy za łazienką by tam w ciemnościach dokończyć żywota.


I wtedy Pańcia za nim zatęskniła. Bo taka już nasza paskudna ludzka natura, że co na wyciągniecie ręki mamy, szybko pożądanym być przestaje, a jak tylko z oczu zniknie, zaraz w sercu dziwna żałość i tęsknota się pojawia. Tak i Pańciowe serce zadrżało i zalała je tęsknota ogromna za meblem utraconym. A wystarczyło nawet z poziomu sedesu drzwi uchylić, trochę światła wpuścić, szturchnąć Go zawadiacko i zaproponować małe co nieco w kolorze turkusowym.


Najpierw nie chciał. Boczył się...Kółkiem kręcił i tralkę spuszczał na kwintę. Ale Pańcia ma swoje sposoby.

Jak już wymyśliła, co z nim zrobi, nie było drogi odwrotu. Będziesz turkusowy! A dla animuszu dodam Ci trochę żywej zieleni. Kwiatki piękne pnące, co żem je ostatnio od Cioci I. dostała. One to dopiero popadły w kałabanię. Mam nadzieję, że szybko przywykną do faktu, że Pańcia podlewa rzadko i niechętnie. Niech im ziemia lekką będzie.









sobota, 3 czerwca 2017

Robota i piekadło

Siedzimy w Lodziarni. Eryk pyta Tatę czy może  zjeść dodatkowego loda.

Tata: Możesz, ale sam idź kupić.

Eryk: Daj  mi pieniondzów.


Łucja opaliła się na słońcu. Przychodzi do mnie wieczorem i pyta:

- Czy jest  coś na pozbycie się tego piekadła?


Eryk pomagał przy robieniu sałatki i chleba. Na koniec mówię:

- Eryk, robota skończona, możecie obejrzeć jedną bajkę.

Eryk:  A możemy dziewięć? Dziewięć to mało.


To chyba już 'generation gap'...

Mama: Eryk, robota zrobiona, możemy iść na śniadanie.

Eryk: Jakiego robota?


Łucja wie jak obchodzić się z dziećmi...

Kinga zaczęła  płakać.

Łucja: Włożę Ci szczękę psa... Zamiast płakać, będziesz szczekać.

 

Łucja wie jak się obchodzić z kotami...

Przygotowała wynalazek zwany przez nią "wabidłem" - szyszkę przywiązaną sznurkiem do patyka. Wabidło służy do wabienia kota sąsiadów.


Kot sąsiadów przychodzi do nas w weekendy zwabiony wizją kiełbasy z grilla. Łucja płacze, że kot ją podrapał (ranka 2mm). Pytam się, co zrobiła kotu.

Łucja: Ja myłam kota wodą i pędzlem...

Tata stwierdził, że kot już nie będzie do nas przychodził, na to Łucja:

- Ale Tato, ja dopiero zaczęłam go adoptować!


Zapytałam Szkodniki, kim chcą być jak dorosną. Zobaczymy jak z czasem zmienią się ich preferencje...


Waleria: Chciałabym hodować zwierzęta albo konie. Albo być weterynarzem.

Łucja: Chciałabym być piosenkarką, weterynarzem i pracować w schronisku.

Eryk: Chciałbym być Spajdermenem... Łapać złodziei.


Mama: Kinia, a Ty kim byś chciała  być w przyszłości?

Kinga z uśmiechem: Beb. 


Na serio


Na żarty


Z Matulą


Szelma zadowolona


Szelma-  postawa roszczeniowa


Szelma na gigancie

MisioŁucja


Rodzinne freski polbrukowe


środa, 3 maja 2017

Nie ma takiej możliwości...

Podobnież receptą na udane małżeństwo jest dzielenie pasji. A jak nie da się podzielić, to trzeba się rozdzielić. Tym sposobem w środę Ona była w Lublinie, a On w sobotę w Lubinie.

 Jako że Barbara ma dobrze poustawiane priorytety i musi dużo jeść, żeby mieć takie ciało, zaczniemy od placka ziemniaczanego z sosem kurkowym...



Ośliniłam klawiaturę, więc przejdziemy do ciała. Ciała, które zawsze jest tam, gdzie być powinno. Tym razem podążyło za Startem Elbląg do Lublina.





Może i koszykowe, ale jakie trafne...



Ja nie wiem, dlaczego wszyscy tak się boją elbląskich kibiców, że najchętniej to by nas umieścili w kanciapie na szczotki za szatnią gości. I tym razem próbowano nas upchać za siatką koło dmuchanych zamków... Przecież my tacy grzeczni jesteśmy... A może to strach, że ta przyjezdna grupka z dalekiej północy znowu zakrzyczy resztę hali?



Nie chcieliśmy do kanciapy, to nam dali godne miejsce na trybunach, ale ochroniarz podszedł i lojalnie uprzedził, żebym schodząc z trybun zdjęła i schowała szalik. Że co? Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś do mnie podszedł wrogo nastawiony. A gdyby próbował zabrać szalik? Patrz: placek mocy ze zdjęcia nr 1.





Takie tam zabawy z koziołkiem


Czyż nie jest słodki? Niestety przyniósł szczęście gospodarzom...



Trzech  Mężów coś nie mogło się zdecydować na wyjazd do Lubina: jechać, nie jechać. Do ostatniej chwili nie mogli podjąć decyzji. W  końcu o 9:15 Barbara powiedziała: "miękkie faje". Nic nie działa tak motywująco na facetów jak "miękkie faje". O 9:45 byli w drodze.


Oj dana dana


Showtime


Takim kotletem to można nawet człowieka udusić, a Czcigodnej Małżonce nawet frytki nie przywiózł...


Niestety nie udało się pokonać lubińskiej bestii.

A co robimy po godzinach? Malujemy wespół w zespół.


Ileż to kilimetrów Ona i On musieli zjechać w poszukiwaniu zwycięstwa... 

Ok. 1900km. Może zaokrąglę do 1953... A zwycięstwo czekało tu na miejscu w Elblągu. Piękne, radosne, rasowe, przaśne i nieprzyzwoite zwycięstwo nad Vistalem Gdynia.

Nie ma takiej możliwości by nie było nas w przyszłości!


Fitnessik mówisz... Wiesz ile energii trzeba, żeby doprowadzić klaskacz do takiego  stanu?

wtorek, 18 kwietnia 2017

Głupotki Ciotki Klotki

Z wieczornych refleksji Matki Wielodzietnej...

Gdy noga nie chce iść do wanny, a ręka zwisa bezwiednie, głowa jeszcze przesyła ostanie błyski świadomości i mi niespodziewanie podesłała kilka obrazów. W zasadzie to jedno zdjęcie wywołało całą lawinkę wspomnień... Muszę to zapisać, bo za 10 lat będę się pukać z niedowierzaniem w głowę... Co za ignorancja! Co za beztroska! Co za bezmyślność! Barbaro masz nierówno pod deklem. Jak można w połowie ciąży w pojedynkę polecieć do Norwegii na szybką kawkę u Siory (z polską kiełbasą w torbie i ciuciu na drogę)? Jak można w ósmym miesiącu ciąży zapakować rodzinkę w Tojotę, zarzucić nogi na deskę rozdzielczą i kazać się wieźć na mecz EKS do Szczecina i Wały Chrobrego obejrzeć? Jak można w dwa tygodnie po cesarskim cięciu bawić się na weselu do 4:00 rano i jeszcze gości weselnych rozwozić? No i czy po czwartym porodzie CC to już delikwentka sama sobie szwy powinna zdejmować czy jednak w zabiegowym? Eh Barbaro, Barbaro, za parę lat będziesz fukać, oczami wywracać, okrzyki wznosić do nieba i własne dzieci pouczać jak żyć w dorosłości... Pamiętaj wtedy wariatko, że wspomnienia to nie ilość odkurzonych dywanów, wymytych okien, wizyt sklepowych, kupionych fatałaszków, godzin spędzonych w necie i przeleżanych na kanapie.


Na kawce i gofrach w Norwegii.


Na Wałach Chrobrego w Szczecinie


No gdzie polazła??I jak z tym brzuchem przez płot...

...przecież ciężarnej nie aresztują za nielegalną eksplorację.



W Słowenii z Ryszardem w mymłonie.


Ciężarna Czarownica


Z Ryszardem w brzuchu i resztą ferajny.


"Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasz Start Elbląg gra..."




Nieważne gdzie... Szczecin, Lubin, Czechy, Austria... Jadę!

 

 

Młode pokolenie już zarażone.