Królowa lotniczych przypałów znowu na pokładzie? Jeśli czekaliście na kolejną porcję mrożących krew w żyłach historii, które raz na zawsze zniechęcą Was do latania, to się nie przeliczyliście. Wylądowałam i pocałowałam ziemię, co prawda nie ojczystą, a wikińską, ale i tak zrobiłam to z wdzięcznością dziecka Bożego, gdyż śmierć już głęboko czarnymi oczami się we mnie wpatrywała.
Zaczynam od tego, że wylądowałam, aby Czytaciele o słabszych nerwach nie musieli melisski pić i paznokci obgryzać. Poza tym skoro piszę, znaczy że żyję, ale co było przed lądowaniem opowiem dokładnie, abyście pamiętali by nigdy ze mną na jeden pokład nie wsiadać.
W Gdańsku piękne słońce, piękny start. Na pokładzie, nie może być inaczej, urocze niemowlę. Gdybym jechała pekape to jeszcze bym się tylko jamnika spodziewała, ale w samolocie wiadomo jamnika nie będzie, niemowlę musi wystarczyć. Czytam książkę, samolot ładnie leci, dziecko grzeczne. Czas płynie, dziecko lornetkę piąstkami robi, rodzice grają na zwłokę, chyba wolą, żeby dzieciątko zasnęło po wylądowaniu. To się nie może dobrze skończyć. O niedoświadczony Rodzicu, jak Twoja latorośl robi lornetkę piąstkami, to tu już nic nie przeciągniesz. Zgodnie z przewidywaniami dzieciątko zaczyna wyć. Dzieci skarbem narodów są, dlatego wsłuchuję się cierpliwie w miarowe wycie. Już niedaleko, niedługo będziemy lądować. Co tam te 30 minut wycia wobec wartości dodanej jaką niesie ze sobą nowe stworzenie. Im bliżej lądowania, tym robi się nieprzyjemniej. Siedzę z Lucy na miejscu dla VIPów zaraz przy wyjściu awaryjnym. Samolotem miota na wszystkie strony. Nasze fotele są jakieś takie dostawione i trzeszczą bardziej niż inne. Samolotem rzuca, dziecko wyje. Wsłuchuję się w ten miarowy szloch, uspokaja mnie, odwraca uwagę od tych cholernych turbulencji. Nie chcę martwić Lucy, ale chyba jestem już zielona na twarzy, a w oczach stoją łzy. Myślałam, że gorzej być nie może. Ale turbulencje stają się tak mocne, że nawet bobas cichnie i to przeraża najbardziej.
Gdy w końcu ta sierota boża, co miała na nazwisko jak nasza znana tenisistka, posadziła tą maszynę na ziemi, ludzie zaczęli klaskać jak oszalali. Ja już dobrych parę lat klaskania w samolocie nie słyszałam. Pomyślałam sobie tylko: tak beznadziejnie wylądował, a oni mu jeszcze brawa biją. Klasnęłam dwa razy, aby nie odstawać od reszty pospólstwa i wysiadłam z samolotu. Prawie mi na schodkach łeb urwało, ale jeszcze nie dodałam dwa do dwóch. Dopiero na parkingu, siostra uśmiechnięta od ucha do ucha, zapytała, jak tam lądowanie w sztormie? I dopiero puzzle wpadły na odpowiednie miejsce... czyli jednak ten pilot to był mistrz lądowania. Zwracam honor, ten tego... A siostra mi nic nie powiedziała, że w Bergen sztorm, żeby mnie nie stresować... Sęk ju. Te wywrócone flaki kiedyś wrócą na swoje miejsce i puls też wróci do normy. Chyba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zapraszam do komentowania i zadawania pytań