poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Zbawienie i bączek

Łucja, kręcąc się w okolicy drewutni w poczukiwaniu małych kotków:

- Mamo, możesz mi zbawić kota?

 

Mama: Eryk, czekaj, bo nie wiem jak nad jeziorko dojechać.

Eryk: Mamo, trzeba włączyć abigację.

 

Kinga: Pies krzyczy.

 

Eryk pociesza Kingę w aucie: Kindziusia, niedługo będziemy u babci Joli i będzie woda nawet z dokładeczką.

 

Eryk: Jesteśmy już u babci, bo tam widać wieżę Alfa (komin w byłym PGR).

 

Kinga, karmiąc szczurka suchą karmą: Am, am, pogotowałam.

 

Kinga patrząc na stół z pączkami:  Jeszcze bączka.

 

Gang  dzikich wieprzy







 





czwartek, 2 sierpnia 2018

Niedługo umarniesz

Eryk namawia dziadka Nanusza, żeby poszedł z nim grać w piłkę. Dziadek się zgodził, ale mówi że za chwilę.

 Zniecierpliwiony Eryk dalej namawia. W końcu mówi:

- Dziadek, musisz ze mną zagrać, bo niedługo umarniesz.

 

Dzieci kupiły sobie bańkopiłki. Nieszczęśliwym trafem pewnego dnia obydwie pękły.

Komentarz Łucji: Najgorsza zabawka w dziejach.

 

Przed wyjściem z sypialni dzieci, nieopatrznie zapytałam, co im się dzisiaj przyśni...

Kinga: Kotek.

Eryk: Że tata się  będzie zmniejszał i zmniejszał, aż zrobi się taki jak ja, a ja urosnę i się z Tobą zakocham.

 

Kinga częstuje mnie swoim kawałkiem pizzy i mówi:

- Troszkę, troszkę, dla mnie dużo!

 

Łucja (7lat) po spotkaniu z siostrą cioteczną z Niemiec opowiada Babci Loli:

- Ja tak słabo znam niemiecki, więc rozmawiałam z nią trochę po niemiecku, trochę po polsku.

 

Łucja  dorwała gitarę i brzdąka zaciekle, po dłuższym czasie mówi:

- Wiedziałam, że mam kilka talentów, ale nie wiedziałam, że umiem grać na gitarze.

 

Łucja, chcąc się cofnąć na rowerze:

- Muszę wytyłować. 

 

Łucja: Kąpaliśmy się tylko w jeziorze, bo w morzu były jakieś gąsienice czy coś...

 

 


Taki deser czekał na mamę wieczorem. Kuchmistrz: Łucja.


Deser podany na ozdobnej desce przecudnej urody.


Kiedy prosisz syna o ustawienie butów... a potem się zastanawiasz, po co wytargał wszystkie kalosze...


Kiedy próbujesz zmienić biegi, ale coś Ci trójka nie wchodzi...




Niech sobie radzą...



wtorek, 24 lipca 2018

Zagrywki Babci Loli, czyli Skarb-Ona

Babcia Lola lat temu około sześciu poczuła dziwną odrazę do zasobów monetowych o nominale 5zł i poczęła wrzucać je do puchy, czyli do więzienia bez klapki. Czas płynął i gdy pucha już zbyt ciężka się stała a Babcia wyczuła moment, że ośmioro wnuków spotka się w jednym  miejscu i czasie, postanowiła podzielić majątek i przekazać zbiory na cele rozpustne i marzeniowe.


Zupełnie bez związku, poza zbieżnością w czasie,  ja również  swoje małe marzenie spełniłam i pozbyłam się żółciaczków. Pamiętacie je jeszcze? Żółciaczek kuchenny i żółciaczek żłobkowy.






Ale nie że tak zupełnie się pozbyłam! O nie, nie. To kanapy z Reichu sprowadzone. A wiadomo, że niemieckie kanapy są tak samo dobre jak niemieckie... eh nieważne.  Wygodne, takie nie za miękkie, nie za twarde lecz w sam raz. Pojechały zatem na Prowincję do tapicera, który im szatki nowe poszył. 

A jak wyszło, dowiecie się za chwilę, bo przed nami jeszcze Skarb i Ona.

 

Krótka historia o tym jak pieski rozszarpały kotka.




Oto moje szczenięta


Runy Babci Loli datowane na rok 2012


Otwarcie konserwy

I szczenięta dostały pokaźny zapas gotówki na spełnianie marzeń, rozpieszczanie się i dogadzanie.



Pierwsze inwestycje już poczynione. A w tle eks-żółciaczek.


Babcia, zobacz co kupiliśmy!


Po wypchnięciu nas z sypialni i utworzeniu salono-sypialni na piętrze, pomału godzimy się z tym, że zostaniemy całkowicie wypchnięci na parter. I tu zaczątek salonu na parterze.


Jest tylko jeden problem... Szkodniki zwietrzyły, że te niemieckie kanapy to bardzo wygodne.


Kawkowanie


Sałatkowanie


czwartek, 12 lipca 2018

Trener i pediatra

Eryk:  To jest Nawałka.

Babcia: A jak ma na imię?

Eryk: Trener.


Kinga wchodzi do salonosypialni i pyta: matka {ś}pi?!

 

Walnęłam się na chwilę na wyrko, żeby zebrać siły przed kąpielą.

Kinga (2lata i 4msce): Mama śpisz?!

Mama: Śpię.

Kinga: A kołderki nie chcesz?!


Kinga: Gdzie dziadek?

Mama: Śpi.

Kinga szeptem: Chrapie... Idziemy na dół?

Mama: Nie, idziemy do łóżeczka bajki czytać, tylko musisz zęby umyć.

Kinga: Ja umyłam zęby jutro!

 


Kinga: Są grzantki?


Zadziwiają mnie ich zabawy...

Waleria zapakowuje Kingę w koc, układa pod drzwiami pokoju, puka i woła: Przesyłka przyszła!


Łucja (7lat) bawi się zabawkowym telefonem.

Tata: Do koleżanki dzwonisz?

Łucja: Nie, do pediatry.

Tata: A po co?

Łucja: Umówić się, żeby mi plecy wymasował.



Łucja dalej bawi się telefonem i udaje rozmowę z koleżanką:

- U mnie dobrze, a u Ciebie?

- ...

-  Ho ho! no to nieźle!

 

 

Łucja: Mamo, widziałaś mojego dzidziusia?

Mama: Nie...

 

Uśmiechnij się, smutasie!


Kiedy znajdujesz swoje skarpetki sparowane i niby jesteś szczęśliwa, ale zaraz zaczynasz myśleć, że coś tu jednak nie gra...


Wieszaki-trzepaki


Zdechlaki-leżaki





niedziela, 1 lipca 2018

Czuć w ręku

Ostatnio przeżywałam ciężki okres. I fizycznie i psychicznie.

Taaak... Ostatnie trzydzieści lat dało mi w kość.

Umysł cały czas bardzo szybko pracował, a ciało przestało nadążać.

I wcale nie dlatego, że ciało za wolne. To mózg ciągle nakręcał: szybciej, więcej, jeszcze, jeszcze, jeszcze. Co tu jeszcze można zrobić, wymyślić, zaplanować... Doszło do rozszczepienia i ciało z umysłem nie chciało już gadać. Tylko w nocy o 22:00 się zgrywały, a wyglądało to tak, jakby mi ktoś wyłączył wtyczkę. W ciągu sekundy oboje dawali sobie spokój a przy okazji i mi i zasypiałam jak pozbawiona prądu.


Zawsze robiłam wszystko podwójnie. Podwójne studia, podwójna praca, dzieci też podwójnie. Tylko Mąż jeden... Hmmm... Jakbym miała przeżyć 35 lat, a nie 70.

Musiałam na nowo zintegrować te dwa twory. Pierdołoterapia to proste założenia i proste rozwiązania. Mózg za szybko, ciało za wolno. Spowolnij jedno, a przyspiesz drugie.

Na gonitwę myśli i bagno w głowie, pomaga szydło i słońce i wiatr we włosach i nalewka gruszkowa. Na ciało miałam inny plan. Raczyłam je bieganiem i pływaniem na zmianę. Dobrze, nie nazywajmy tego świńskiego truchtu z przerwami- bieganiem. To bardziej turlanie się do mety. Skutek był taki, że ciało zupełnie się zbuntowało. Ja rozumiem, że półroczna przerwa  od wysiłków fizycznych po złamaniu nogi to długo, ale żeby cały czas na starcie w nogach zamiast krwi płynął roztopiony ołów??  Minął miesiąc, ja walczyłam dalej i czekałam na przełom, kiedy ciało samo powie: Tak Barbaro, miałaś rację, to dla mnie dobre. 

 

Pewnego ranka przyszłam do salonu ze zbolałą miną, że trzeba znowu iść poturlać się na tartanie.

Mąż na to rzecze: Cieszę się, że jesteś aktywna fizycznie.

Barbara: Taaa [mina typu: mater dolorosa- matka boleściwa].

Mąż: Widać już po sylwetce, że ćwiczysz...

Barbara: Taaa [mina typu: srający kot na płocie].

Mąż kontynuując: ...czuć w ręku.


No na taki argument, to ja mogłam tylko trampki chwycić. Jak czuć w ręku, to dalej biegam, pływam, szydełkuję.

 

- Kic, kic. Rusz dupę, Barbaro.

- Tak, tak jeszcze chwilunia...


Taaa....


No już, już...

 


A gdy już wiosenne preludium sportowe minęło, czas nadszedł za realizację planu głównego się wziąć. Tak... Pociągiem z rana, a po południu bicyklem. 

 

 

Aż się Małżonek wciął, że też by chciał. Nie wiem czy chęć prozdrowotna nim kierowała, czy zwyczajnie fakt, że kto rano jedzie rowerem nie musi czwórki Szkodników ubierać, czesać, pakować, zapinać, rozwozić, zanosić. Nieistotne motywacje, bo tu chodzi o zdrowotność i energię witalną. A nic takiej energii nie daje, jak kilkanaście kilometrów na rowerku dzyń w dzyń.

 

 

wtorek, 26 czerwca 2018

Miłość Czterorękiego i dobre serce

Eryk: Mamo, kocham Cię mocno. Kocham Cię tak mocno, jak Czteroręki rozwala mur.


Eryk: Mamo, masz takie ładne usta...


Eryk: Mamo, Łucja ugryzła mnie we włosy!

Mama: Co?! Łucja, co Ty zrobiłaś?

Łucja: Ugryzłam go...

Mama: W co?

Łucja: We włosy...

[I w tym momencie nikt, ale to nikt nie umiał zachować powagi sytuacji... ani Matka, ani Ciocia- Babcia, ani nawet  sama Babcia. ]


Łucja pokłóciła się z Walerią i żali się Babci: Babciu, jak ja mam dobre serce, to nie znaczy, że muszę je zawsze oddawać. Jak mama kupiła majtki, to Waleria też wybierała pierwsza. Nie muszę zawsze serca oddawać.


Mama: Kinga, kim jest tata?

Kinga (2 lata i 4msce): Zdrajcą metalu!


Łucja, chcąc cofnąć rowerem: Czekaj Babciu, muszę wytyłować.


Waleria wspominając świetlicę: Pani Halinka nam zawsze czytała bajki a Pani Paulinka zapadła w ciążę i ma takiego słodkiego dzidziusia.

Łucja: Pani Paulina robiła z nami różne pląsy!

 




- No i rozumiesz, siostra...









Takie niebo- tylko na Mazurach...


Tymczasem w Bogaczówce..."oblep i błoto". Jagodowe "błoto".

 





niedziela, 10 czerwca 2018

Pełny sedes?

Eryk z przemyśleń łazienkowych: Mamo, czy sedes kiedyś się zapełni?


Waleria: Mamo, ten stanik nie jest na Ciebie za mały?

Mama: Nie, nie jest.

Waleria: Aaaa... To tak tłuszczyk Ci się zbiera.


Waleria bawi się z Kingą w chowanego.

Waleria: Kinga, szukaj.

Kinga: Szuku, szuku...


Łucja na rowerze:

Ja zawsze patrzę dwa razy w prawo, dwa razy w lewo. Tak dla bezpieczności.


Mama: Łucja zjedź na żwir, bo samochód jedzie.

Łucja zjeżdża, auto przejeżdża.

Łucja z radosnym szacunkiem: Proszę, proszę, chyba passat!


Podręczny słownik dziecięcy.

Kinga: Idedasy [adidasy]

Eryk: Piciak [bidon]


Eryk ogląda swoje siniaki i strupki na nogach:

Mamo, czemu mi się ciągle coś dzieje? Czemu ciało mi się rwie?



 Tacy goście w Bogaczówce...



Szukaj winnego jak wiatru w polu...





Najlepszy prezent na Dzień Dziecka:





  Pogoda jest zawsze.

piątek, 1 czerwca 2018

Zagadka goni zagadkę

Łucja napiwszy się wody gazowanej: Mamo, nie dziw się, że mam takie oczy, jak piję coś gazowanego, to mi tak wychodzą.

Łucja: Mamy teraz trudne warunki w domu, bo trzeba więcej sprzątać.  Doszła nam garderoba, ale  do piątku już będzie wolniej.

Eryk: Tato, daj mi spodnie na krótki rękawek.

Łucja: Tato, następnym razem kup więcej pasztetowej... tak ze trzy tobołki.

Eryk, miałem taki szczęśliwy sen... opowiedzieć Wam? Śniło mi się, że tata kupił 4 paczki chipsów i sobie jedliśmy.

Gdy Kinga idzie spać a tato jeszcze się kręci przy zasłonach: Sio.

Łucja gust muzyczny ma już ukształtowany...Przychodzi z sypialni przed 22, gdy powinna już dawno spać: Mamo, muszę Ci powiedzieć, że nie mogę zasnąć, bo ciągle myślę o "Nocnym Kochanku".

Wyjęłam parówy z wody punkt 20. Podałam z chlebem i papryką.
Eryk konsumuje: Mamo, bardzo pyszne śniadanie przygotowałaś.
  
A na koniec dwie zagadki z dzisiejszego ogródka.
Co to jest?




niedziela, 27 maja 2018

Tematów wodnych i innych ciąg dalszy

Jak to się stało, że pokój stał się łazienką?

W sposób dosyć prosty. Otóż na parterze Bogaczówki, łazienki w oryginale nie było. Świadomi moich wygórowanych potrzeb wodnych oraz potomstwa, które miało zapełnić dom w myśl zasady "w każdym kątku po dzieciątku", szukaliśmy miejsca do zrobienia drugiej łazienki.

Jako że parter Bogaczówki stanowi 6  dość obszernych pomieszczeń, po wnikliwych pomiarach i analizach wybraliśmy najmniejsze z nich i zaczęliśmy adaptację.

Na pierwszy rzut- nadproże. I już jest!


 

Jako małżeństwo na dorobku, wymianę 36-37 okien Bogaczówki zaczęliśmy skromnie od 5 sztuk.

Ale żeby nie było, że tak bezboleśnie i bez przygód... "Pani nie ma lipy... a nie no, jakaś lipa musi być". Ekipa remontowa, która wstawiała nam okna nie zaktualizowała danych, że nadproże owszem ma być, ale jednak to jedno z nielicznych okien wolelibyśmy mieć w sypialni, wyjęła stare skrzynkowe okno zanim wróciliśmy z pracy i wstawiła nowe. Zabieg trzeba była cofnąć, co widzimy na zdjęciu poniżej. A tego jegomościa na ramie widzicie?








A z czasem to się i reszta okien pojawiła i drewniane parapety wykonane ręką wujka Janka, któremu jako dziecko zwykłam paluszki słone w oko wtykać. Człowieka już nie ma, ale pamięć o nim pozostanie żywa. I wspomnienia powracać będą przy każdym podlewaniu kwiatów.

 

Dzisiaj tak sentymentalnie, choć otwierać się nie lubię. Bogaczówka to nie tylko dzieje domu. To także historia o ludziach. O tych, którzy pukali się w głowę, o tych którzy pytali, kiedy rodzę zamiast chwycić za miotły czy pędzle, o tych którzy z ironią mówili: jak tam to Wasze ranczo? Ale Ci nie mają znaczenia i w ostatecznym rozrachunku wcale nie będą się liczyć.


Chciałam o tych innych. Właśnie o tych, którzy przywieźli parapety i listwy. O teściu, co nawet do garnituru komunijnego w zestawie skrzynkę z narzędziami bierze. O tych ciotkach szalonych, które na stół właziły i sufity drapały i okna od strychu do piwnicy szorowały, o tych braciach co dechy rwali i wełną już pluli z przerobienia. O tych siostrach, co dzieci pilnowały, żeby robota szła. O tych matkach i teściowych, co milion chwastów wyrwały, podłogi dwa miliony razy obmiotły i trzy miliony pralek nastawiły. O tych ciotkach i wujkach co antyków się zrzekli, o pradziadku co z Bogaczówki minimuzeum zrobił. O Czcigodnym Małżonku i dziełach jego, to by stron zabrakło. O nich wszystkich pamiętać będę, bo każdy z nich kawałek siebie w Bogaczówce zostawił. I teraz kiedy z ruin powstała nasza Ślicznotka , wiem, że było warto, że mamy swoje miejsce na ziemi, gdzie mogę upchać te wszystkie życzliwe istotki przy jednym stole (lub przy czterech) i wspólnie świętować. A jak żeśmy świętowali, to dowiecie się niebawem, bo czas do łazienki wracać.

 


Zapewne wielu z Was pamięta moją baterię wolnowiszącą...


Doczekałam się wolnostojącej!

Wanna żeliwna z lat najprawdopodobniej 70tych


Renowacja zewnętrzna: Barbara


Renowacja wewnętrzna:  Czcigodny Teść i Barbara


Już można wodnych relaksacji zażywać...


widok za oknem podziwiając.

To już przedostatnia wizyta w łazience parterowej. Przy ostatniej wizycie pokażę Wam całość. I sedes też. Bo niektórzy nie mogą go znaleźć...