środa, 23 października 2013

Siostrzane porachunki

Wiedziałam, że będą się kłócić o ciuchy... w wieku 16 może 17 lat...Ale teraz?!
Pech chciał,  że ubrałam dziewczynki odwrotnie. Waleria nałożyła Łucji bluzę i pojechała do przedszkola, a Łucja dostała Walerii bluzkę  z konikami.
Waleria przyjechała i mówi : To moja bluzka...
Łucja z przekonaniem: No, ja pożyczyłam.
Po jakimś czasie Waleria zdejmuje kurtkę.
Łucja patrzy i mówi: To moja bluzka.
Waleria tłumaczy: Ja też taką samą miałam, ale gdzieś się ukryła.
Ufff, tym razem się udało bez wojny domowej...


Łucja rozcięła brodę i miała założone dwa szwy. Świadoma wielkiej wrażliwości Walerii i zdolności do empatii, chciałam ją uprzedzić, wprowadzić w temat, żeby łagodnie przeżyła nieszczęście siostry...Powiedziałam, że Łucja miała ranę w brodzie i pani doktor musiała ją zszyć...
Wiecie o co zapytała moja wrażliwa i łagodna córka? Co było dla niej najważniejsze w chwili, gdy jej siostra odniosła ranę i cierpiała? Wiecie, o co zapytała?!
- Jakim kolorem [nici]?



No i na koniec dialog Matki z dziećmi i próba ustalenia przebiegu zdarzeń:
Mama: Kto pomazał książkę?
Łucja: To Waleria.
Waleria: To Łucja...Łucja zrzuca na mnie, a ja na nią.
Mimo podjętych prób nie udało się ustalić przebiegu zdarzeń... bo taka jest siostrzana solidarność.


Kozuchy



Instruktor jazdy konnej


piątek, 18 października 2013

Fotoaparat


Z każdego wyjazdu, uroczystości, wydarzenia przywożę kilkadziesiąt, czasami kilkaset zdjęć. Pewnie masz tak samo. Upychasz je bezlitośnie na twardzielu, nawet nie usuwasz tych średnio udanych, rozmazanych, prześwietlonych...Wracasz do nich raz na rok albo dwa, kiedy akurat najdzie Cię klimat wspominkowy. Gdybyś miał je wszystkie wywołać, potrzebowałbyś osobnego pokoju do przechowywania albumów. A kiedyś? Kiedyś ludzie robili sobie jedno lub kilka zdjęć przez całe życie...Przygotowywali się do tego wielkiego wydarzenia, szli do fryzjera, kobiety zakładały futra i biżuterię, specjalnie do zdjęcia...

Posiadam w swoich zbiorach mini muzealnych dwa poniemieckie aparaty fotograficzne. Większy z nich to Zeiss Ikon Nettar, drugi turystyczny, znacznie mniejszy o wdzięcznej nazwie Dolly.

Gdy je dostaliśmy ręce mi drżały, dokładnie tak jak wtedy, gdy trzymałam stuletnią filiżankę, w której dziadek Henryk zrobił mi kiedyś kawę. Filiżanka była cienka jak skorupka jaja...To był pierwszy i jedyny raz w życiu, kiedy wypiłam parzoną kawę...Musiałam zakąsić solidnie czekoladą, ale było warto, bo trzymanie w dłoni wiekowej filiżanki dla takiego oldofila jak ja, to nie lada doznanie.

Ręce zadrżały jeszcze bardziej, gdy okazało się, że dostaliśmy również kliszę, niewywołaną od 30 lat... Było na niej około 7 zdjęć, z czego udało się uratować 4. Pozostała część kliszy spleśniała. A na zdjęciach była Ola-pierwsza wnuczka dziadka Henryka, dziś dorosła kobieta, wtedy dziewczynka 2-3 letnia.

Aparat Nettar jest całkowicie sprawny i nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności wykonania nim kilku fotografii. Kilka z nich możecie zobaczyć poniżej. Mają niepowtarzalny klimat, nawet my współcześni wyglądamy na nich staroświecko. Oba aparaty mają oryginalne skórzane pokrowce z fioletowym i bordowym zamszem wewnątrz. A jak ta skóra pachnie...

Zakup kliszy 6x9 jest troszkę utrudniony w dobie fotografii cyfrowej, ale nie niemożliwy. Niedawno sprowadziliśmy klisze z Niemiec- tam są chyba bardziej popularne...i tańsze. Większy problem stanowi wywołanie zdjęć, niewielu fotografów posiada ciemnię i niezbędną wiedzę, ale dla chcącego...koszt wywołania filmu to ok. 10 zł plus 2zł za każdą odbitkę.

Teraz należałoby wyklikać parę słów o Carlu Zeiss. Jego firma powstała w 1846 roku i produkowała mikroskopy. Pierwsze obiektywy fotograficzne pod marką Carl Zeiss powstały dopiero w 1890 roku. Co ciekawe, w latach 60-tych ubiegłego wieku obiektywy Carl Zeiss zostały wykorzystane w czasie pierwszego lądowania na Księżycu. I tak już 123 lata obiektywy tej firmy odgrywają ogromną rolę w przemyśle fotograficznym.

Seria Nettar Zeiss Ikon była udanym i popularnym modelem składanych aparatów z filmem 120 w trzech formatach: 6×9cm, 6×6cm and 6×4.5cm. Wszystko wskazuje na to, że mój aparat to Nettar 510/2 (inna nazwa Bob 510/2) wyprodukowany w 1936 roku z celownikiem optycznym na obiektywie i dodatkowym wizjerem na korpusie aparatu.
              

 
 
 
Aparat fotograficzny Zeiss Ikon Nattar


Kieszonkowy aparat fotograficzny Dolly


Aparaty ze złożonymi obiektywami.


Oryginalne skórzane pokrowce wyłożone zamszem


Film 120, ekspozycja 6x9cm


Na głazie narzutowym- zdjęcie wykonane aparatem Nettar

Z rodziną w kosodrzewinie- zdjęcie wykonane aparatem Nettar


Ja w kosodrzewinie- zdjęcie wykonane aparatem Nettar

wtorek, 8 października 2013

Bawialnia nr 1


Bawialnia nr 1 przez długi czas była Salonem. Ze względu na gabaryty pomieszczenia, wszystkie imprezy rodzinne odbywały się właśnie tam.

Były Święta, parapetówki, urodziny, rocznice, ba, nawet wieczór panieński D. i zawsze towarzyszyli nam nieproszeni goście specjalni- pęknięcia, zacieki, bruzdy i brudna żółć na ścianach.

Salon czekał... czekał na swój czas, z godnością pełniąc swą funkcję, mimo ran i zadrapań. Przyjmował gości z uśmiechem i liczył na to, że nie będą oglądać dokładnie jego kątów, chował zacieki za zasłonami, a ohydną żółć na ścianach próbowal ocieplić klimatycznymi świeczkami.

Czekał i czekał, aż niespodziewanie stał się Bawialnią nr 1 w Klubie Malucha Mrówka.

Zacznijmy jednak od początku.
Próbuję sięgnąć pamięcią wstecz i policzyć przyjęcia, jakie odbyły się w tym salonie w ciągu pierwszych miesięcy... pierwsza rocznica ślubu z parapetówką dla rodziny, moje urodziny z parapetówką dla znajowmych, no i najważniejsze Pierwsze Boże Narodzenie z Rodzicami, Rodzeństwem i pierwszymi Latoroślami w rodzinie... Dogrzewaliśmy się w tym salonie grzejnikiem elektrycznym. Z wiadomych względów kupiliśmy tylko połowę kaloryferów- po jednym do każdego pomieszczenia. A wiatr i mróz za wszelką cenę próbowali wedrzeć się na uroczystość przez stare, skrzynkowe okna.

W lewym rogu przy oknie było prawdzie dzieło sztuki- Pan Zaciek- narodzony z uszkodzonej rynny. Był piękny, dorodny i wręcz pysznił się swoją wielkością, kolorem i umiejscowieniem, które zapewniało mu doskonały widok na cały pokój a nam nie pozwalało udawać, że wcale go tam nie ma...Z czasem ukryłam go trochę za zasłoną, ale i tak wychylał się i zerkał...

Przy drzwiach po lewej stronie było wspomnienie po masywnych żeliwnych grzejnikach, widoczne na zdjęciu nr 5. Co ciekawe w domu od początku było ogrzewanie C.O. a nie piece kaflowe. Grzejniki nie znajdowały się pod oknami jak teraz, a w centralnej części domu. Rury miały bardzo duże przekroje. Aby doprowadzić ciepło i ogrzać pomieszczenia, grzejniki były umieszczane jak najbliżej kotła grzewczego. Wiadomo, Niemiec Przedwojenny wiedział, jak zminimalizować straty ciepła...

Dość pisania, oglądajcie...




Stan przed kupnem- pęknięcia na suficie i żółć na ścianach

Bawialnia nr 1 w Klubie Malucha Mrówka

Stan przed kupnem- Pan Zaciek zerka zza zasłony.

Bawialnia nr 1 w Klubie Malucha Mrówka

Stan przed kupnem- ślady po grzejniku żeliwnym.

Bawialnia nr 1 w Klubie Malucha Mrówka

"Know-how"
W starych poniemieckich domach jak mój, praktycznie zawsze pojawiają się pęknięcia na suficie. W przypadku nałożenia nowej zaprawy tynkarskiej i gładzi szpachlowej, pęknięcia pojawiłyby się ponownie. Toteż Czcigodny Małżonek i Teść zakładali najpierw siatkę do dociepleń, mocowali ją na zszywki tapicerskie i zaciągali tynkiem maszynowym (oczywiście zszywki przed nałożeniem tynku trzeba wyciągać po kolei). W żadnym pomieszczeniu wyremontowanym w ten sposób nie pojawiły się nowe pęknięcia, zatem uznaję metodę za skuteczną i godną polecenia. Pragnę również przypomnieć wszystkim remontującym, że grunt to... grunt, zatem gruntujcie zawsze i wszędzie, gdzie w grę wchodzi gładzenie, malowanie itp. Polecam szybkoschnącą emulsję gruntującą, która pomaga w oczyszczeniu podłoża i zwiększa jego przyczepność przed nałożeniem kolejnej warstwy.

środa, 2 października 2013

Szkodniki

Co tu dużo pisać...czorty są. Szybkie i pomysłowe.

Bawią się we dwie w chowanego:
Waleria (4 lata):
"Łucja, chowaj się tam, gdzie ja, żeby mi Cię było łatwiej szukać."
"Łucja, idź liczyć gdzie indziej, bo ja się tu będę chować...błąkać."
A gdy już Łucji (2 lata)  znudziła się zabawa, siadła i oglądała książeczkę. Kiedy Waleria skończyła liczenie i zaczęła szukać, Łucja powiedziała: "Tu jest Łucja, ogląda bajkę."


Zaprawdę dziwnymi ścieżkami podąża umysł Łucji...
Patroszyłam rybę na obiad piątkowy, Łucja podbiegła i z przejęciem mówi: "Nie wkładaj tam ręki! Bo to jest ryba! Nie wkładaj ręki, bo Cię ugryzie w nogę...i rękę."

 Łucja jest typem poszukiwacza...Gdy ostatnio zgubiła kapcia, zapytała z pretensją w głosie:
"Gdzie mój kapć?" I nikt nie umiał na tak postawione pytanie odpowiedzieć.

Łucja wykazuje również talenty kulinarne, dużą wiedzę z dziedziny dietetyki (lub dietyki dla Elblążan) i zdrowego żywienia:


Przyłapana na pożywnym śniadaniu




Waleria to myśliciel i romantyk, pragnący poznać wszystkie tajniki stworzenia i sens istnienia.
"Mamo, ja nie chcę, żeby Ty umarłaś..." 
"Mamo, kocham Cię, ile jest motyli i zwierząt, ale nie dzikich, tylko wzagrodnych...i latających też."
"Jejku, jakie niebo! Jakie wszystko!" 
 
A Eryk?
Ma siedem i pół miesiąca, staje na nogi z uporem maniaka, jest chronicznie bezzębny i mówi "Ta ta, ta ta", gdy słyszy przez telefon głos Czcigodnego...

"Takich dwóch jak nas trzech, to nie ma ani jednego..."

poniedziałek, 30 września 2013

Bawialnia nr 2

Przeprowadzka nastąpiła i trzeba było znaleźć pomieszczenie z najmniejszą ilością płyt pilśniowych, pęknięć, zacieków, gwoździ, pajęczyn i aromatycznych tapet w celu zamieszkania. Pająki i tak były wszędzie, do dziś są...nie walczę z nimi, wychodzę z założenia, że mieszkały tu pierwsze. Jakoś się mieścimy.

Fasolka Walerka pęczniała w brzuchu a hormon ciążowy kazał wić gniazdo...No to wiłam z całych sił i przy użyciu wszelkich dostępnych środków niskobudżetowych.
Pomieszczenie, które wybraliśmy na pierwszą siedzibę w ciągu tych czterech lat zmieniało swoją funkcję wielokrotnie, było sypialnią, składem meblarsko-budowlanym, aż finalnie stało się Bawialnią nr 2 w Klubie Malucha Mrówka. Popatrzcie zresztą sami...Co ja się będę rozpisywać, jak jest za dużo tekstu to ludzie przewijają od razu na zdjęcia...No i jak dużo tekstu, to zawsze większe ryzyko błędu ortograficznego...No to już milknę, oglądajcie...




Stan przed kupnem




Zaczynamy wicie...


Uwite gniazdko na przetrwanie pierwszych miesięcy


Bawialnia nr 2 w Klubie Malucha Mrówka





























                                                                                                     

























                                                          
Pewnie myślicie cóż za ułańska fantazja na ścianach, te kolory... te pasy... Wyjaśnienie jest bardzo proste. Miałam trzy wiadra z resztkami różnych farb: białą, brzoskwiniową i różową strukturalną, tworzącą efekt baranka na ścianie. Różowa została z malowania kuchni, a że potrzebowałam tylko odrobinę, cała reszta stała bezużytecznie i zajmowała przestrzeń. Postanowiłam wtedy przerobić różową farbę na zieloną i pomalować nią sień. Dobry wujek Gugl podpowiedział, jakie barwniki kupić, kosztowały majątek a uzyskany efekt był powalający- trupio blada zieleń rozjechanej żaby- tak powinien nazywać się ten odcień. Cóż było robić, część farby odddałam specjalistom i zrobili z niej piękną choinkową zieleń do sieni, a swoją częścią się jeszcze trochę pobawiłam i wyszedł fiolet z barankiem widoczny na ścianach. Ot i cała historyja...

piątek, 27 września 2013

Wiesz jak Wieszak

Statystyczny Teść lepszym od Teściowej chce być, prawda to znana wszem i wobec. Jako że o Teściowej i Wczesnym Gierku już było, wypada i o Teściu słów kilka klawiaturą naskrobać. Teść zagrzebał w szafce na balkonie i leżący tam dwadzieścia lat wieszak wydobył. A wieszak nie z PRLu, bynajmniej. Po Niemcu się ostał, który to Niemiec uciekając do ojczyzny wszystkich dóbr na plecy wrzucić nie zdołał i pozostawił część majątku w domu, w którym Pradziadek Henryk zamieszkał. I tym sposobem w posiadanie wszedł. Historia wieszaka, podobna do większości historii przedmiotów poniemieckich.
Nie zmieścił się, nie zdążył i został w Polsce...
Pradziadek Henryk przekazał wieszak synowi, czyli mojemu Teściowi i u niego dwadzieścia długich lat w szafce na balkonie przeleżał, obrastając grubą warstwą pięknej, dorodnej, soczyście rudej rdzy i czekająć na Ten moment.

I nadeszła chwila, że Synowa, czyli Ja, Magistra wybroniła na Politechnice...A wiedzcie, że jest to okazja nie lada. Zatem i prezent się należy za trudy i znój...Podarunek do Bogaczówki przyjechał i za niego stokrotne dzięki Teściowi składam i w pośpiechu szukam miejsca na ów wieszak przecudnej urody, dębowy. A dąb wiadomo, delikatny i miękki w dotyku i ciepły, jedwabisty... jak żadna płyta MDF.




Już niedługo zawisną na nim paltocik, kufajka i waciak...w takiej właśnie kolejności.




























Ten Jegomość mi kogoś przypomina...
























































 
 
 
 
 
 
Powiedzcie sami czy może być coś piękniejszego od starego, surowego drewna?


 
"Know-how"
 
Wieszak został oczyszczony przez mojego Teścia z grubej warstwy rdzy papierem ściernym i pomalowany czarną farbą na rdzę, przeznaczoną do antykorozyjnego i dekoracyjnego malowania metalu. Drewniana podstawa jest surowym kawałkiem drewna dębowego o gładkiej powierzchni, oryginalnie nie była pokryta farbą ani lakierem i tak też pozostało. Rozważam w przyszłości, pomalowanie haków farbą w kolorze mosiądzu, jest to uzależnione od wnętrza, w którym znajdzie swoje miejsce...

wtorek, 24 września 2013

Wczesny Gierek



Wczesny Gierek był prezentem od Teściowej...Wiadomo Teściowa synową kocha miłością bezgraniczną to i prezenty lubi dawać...Często i szczodre...A zna upodobania synowej dobrze i wie, że im starsze, tym lepsze...Takim, więc sposobem weszłam w posiadanie Wczesnego Gierka.


Wczesny Gierek przed...

 
Początkowo przestawiany z kąta w kąt, zakurzony, przynoszony ze strychu tylko na duże imprezy rodzinne, wtedy gdy nawet takie cudactwo jest potrzebne, aby każdy swoją szanowną mógł posadowić. Na ogniskach też się przydawał i dumnie prężył błękitną pierś, gdy jego nóżki coraz bardziej i bardziej grzęzły w ziemi (resztki błota jeszcze widoczne na zdjęciu).
 
Aż nastała godzina i przyszedł jego czas i już czuł całą meblową duszą, że jego niebieskość niedługo pójdzie w niepamięć, a może i coś więcej Pańcia wymyśli. Na początku bolało, bo Pańcia wkrętakiem nogi odkręciła, źle było wtedy i nisko. Potem myślał, że już dobrze, że już lepiej, bo na ręcę wzięła, niby przytulić mając i ukochać za tych nóżek urwanie, ale tylko do bagażnika wrzuciła i klapą bezlitośnie trzasnęła. Ciemno było i strasznie. A potem to już tylko gorzej, bo jakiś Obcy, Majstrem zwany, zdarł z niego szaty i niebieskości pozbawił...i jego nagość wszyscy praktykanci zobaczyli.
 
Kiedy już stracił nadzieję i pogodził się z losem, przydreptał Majster i w szatę go nową przyodział, brązową i miękką, lśniącą i pachnącą.
 
- Ach, jaki piękny ten brąz Pańcia wybrała! I nóżki jakie zgrabne, kremowe...
 
A serce jego meblowe to już się całkiem ze szczęścia rozpłynęło, gdy ujrzał kokardę dużą a wytworną. Choć za damski atrybut zwykła być uważana, a on przecież Męskim Wczesnym Gierkiem był, wcale żalu do Pańci o to nie miał i dumnie zajął swe miejsce w Garderobie obok kumpla- Tego , którego miało nie być. Dostał nowe życie i stał się żarcikiem meblowym do Garderoby, który wnętrze owe poważne miał ozdabiać i nutką humoru upiększać. 
  
Wczesny Gierek po...







 
 
Wczesny Gierek w Garderobie razem ze swoim kumplem- Tym, którego miało nie być.







































"Know-how"
Aby odresaturować mebel tego typu, należy w pierwszej kolejności oddzielić część drewniane od tapicerowanych i Broń Boże nie odkładać śrub w tak zwane "dobre miejsce", bo zgubią się na 200%. Wiem z autopsji. Następnie należy oczyścić stelaż delikatnie papierem ściernym, nie ma konieczności zdejmowania poprzedniej farby, należy jedynie zmatowić i wyrównać powierzchnię mebla. W moim przypadku stelaż został pomalowany małym wałeczkiem emalią akrylową, która jest wytrzymała i elastyczna, a przede wszystkim bezwonna. Farba jest bardzo gęsta i używałam jej przede wszystkim do białych mebli przecieranych. Jednak ekonomiczne podejście podpowiedziało mi, żeby zużyć posiadaną farbę a nie kupować nową innego typu. Ze względu na gęstość farby malowanie nie należało do najłatwiejszych. Nagrodą za wysiłek było uzyskanie ciekawego odcienia bieli, kremowego, wpadającego w róż. Tapicerkę uszył stary Majster z Elbląga. Na koniec poprosiłam o resztki materiału i z nich stworzyłam kokardę, która zamyka kompozycję mebla i nadaje mu zawadiacki i wesoły charakter. 

Przeprowadzka

No i stało się, nastał lipiec roku pańskiego 2009, dzień sobotni...Czas zakończyć sześciomiesięczne "wczasy" w Suchaczu nad Zalewem Wiślanym, spakować dobytek i ruszyć w drogę...

Pakowaliśmy i pakowaliśmy, a dobra ruchome jakby rosły i pęczniały i namnażały się i myślałam, że nigdy nie nastanie moment zamknięcia klapy bagażnika. Zostałam wtedy samozwańczym Mistrzem Pakowania, każdy milimetr kwadratowy powierzchni był wykorzystany, a gdy usiadłam na fotelu zostałam jeszcze przygnieciona pomniejszymi pakunkami i kotem.

A Kot wiedział i czuł całym sobą, że coś się święci, majątku pilnował, stanowiska przez cały dzień nie opuszczał...
















Wyruszyliśmy z delikatnym podnieceniem, radością, ciekawością i kropelką strachu przed tym, co nas czekało...

Jesteśmy...w NASZYM nowym- starym domu...Czas wić gniazdo...Ale jak tu wić, gdy woda miała być, a nie ma, prąd tylko na przedłużaczu a wanna drapie w tyłek??




 




 
 
Kotu się podobało...a kot zawsze wie lepiej niż człowiek...





















Jak żeśmy to przeżyli, do dziś nie wiem. Pamiętam pierwszy posiłek- jajecznicę usmażoną na turystycznej butli gazowej z nakładką...Pierwszą kąpiel... u sąsiadów, bo zawór pękł i wody nie było, drugą kąpiel już u siebie i podrapany tył...bo wanna była stara. Krótko mówiąc - biwak...długotrwały biwak.

Kupując Bogaczówkę zakładaliśmy plan dziesięcioletni na doprowadzenie jej do stanu dawnej świetności. Miała być gotowa na moje 35 urodziny:). Jeżeli tempo prac nie spadnie, nie zabraknie zapału, energii, zdrowia i środków materialnych, jest duża szansa, że odrestaurowanie budynku uda się zakończyć szybciej niż planowaliśmy.

piątek, 20 września 2013

Odsetków nie budzjet...

Zagłębiłam się niedawno w czeluściach rodzinnej piwnicy i w  ręcę me wpadło niezwykłe znalezisko...
Jedenaście lat mając i skromnym dziewczęciem będąc, podjęłam próbę oszczędzania...w Szkolnej Kasie Oszczędności. Jak widać trudy me na marne poszły, bo ani pieniędzy ani wycieczki, ani sprzętu sportowego, ani aparatu fotograficznego nie kupiłam... no może biblioteczkę powiększyłam o tę małą książeczkę SKO. A kasiora wyparowała w taki sam tajemniczy sposób,  jak pieniądze z Pierwszej Komunii...




Książeczki oszczędnościowe były drukowane w różnych kolorach: zielonym, różowym, niebieskim.





















Książeczki SKO kojarzą nam się przede wszystkim z legendarnymi czasami PRL-u, a niewielu wie, że pierwsze z nich pojawiły się w Polsce już w 1927 roku...Zacznijmy jednak od początku.

Już w XIX wieku w Belgii, Niemczech, Anglii, Austrii i Francji powstały pierwsze szkolne kasy, do których uczniowie wpłacali swoje oszczędności. Na początku XX wieku, idea dotarła do Polski, co prawda z opóźnieniem, ale dotarła... Zaczęło się od tego, że Stanisław Grabski- Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (swoją drogą bardzo ciekawe Ministerstwo), w 1925r. wydał dokument o potrzebie wpajania młodzieży idei oszczędzania. W 1927 zostały powołane pierwsze Szkolne Kasy Oszędności, które od 1935r. podlegały Pocztowej Kasie Oszczędności, a po II wojnie światowej przekształciły się w Powszechną Kasę Oszczędności Bank Polski. Najwięcej SKO powstawało w okresie powojennym (ponad 20 000 w ciągu kilku lat). Nie bez znaczenia były nagrody, które dostawali najbardziej oszczędni: rowery, radioodbiorniki, zegarki, sprzęt sportowy, aparaty fotograficzne, a wiadomo, że w sklepach były braki i głównie braki...
Uczniowie zarabiali pieniądze, zbierając makulaturę, jagody, butelki,  pomagając przy sianokosach, wykopkach i wygrywali wycieczki nad morze, w góry czy do "stolycy".

Pamiętacie jeszcze hasło "Dziś oszczędzam w SKO - jutro w PKO"?

A wiecie, jak teraz wyglądają SKO? Może niektórzy myślą, że poszły do lamusa...nic bardziej mylnego. SKO idzie z duchem czasu: papierowe książeczki wymieniono na uczniowskie konta bankowe z dostępem przez internet lub telefon, szkoły uczestniczące w programie SKO mogą korzystać z platformy blogowej, mają kanał na YouTube i społeczność na nk.























"Dzięki oszczędnościom złożonym na książeczkę oszczędnościową PKO możesz wyjechać na wycieczkę, kupić sprzęt sportowy, aparat fotograficzny, powiększyć swoją bibliotekę".

Dziś to hasło powinno brzmieć:

"Dzięki pieniądzom wyłudzonym od rodziców i wpłaconym na książeczkę oszczędnościową PKO możesz wyjechać do Egiptu, kupić smartfona, laptopa, iPada, tableta lub powiększyć swoją kolekcję dopalaczy".



Talentu do oszczędzania nigdy nie miałam

















Idea oszczędzania nie jest opcja Łucji, która wyciąga niebieskie banknoty z portfela Mamy i ukradkiem upycha w swojej śwince...



Przyłapana...

środa, 18 września 2013

Moje kłódeczki

Mam w swoich zbiorach mini muzealnych dwie kłódeczki...
Większa z nich firmy Vaterland przez kilkadziesiąt lat wisiała przy drzwiach od stryszku w budynku gospodarczym Pradziadka Henryka. Jest ogromna, masywna, posiada klucz, ale mechanizm chodzi bardzo ciężko i nawet taka baba jak ja nie może go samodzielnie otworzyć. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnych bliższych danych  na temat daty czy miejsca powstania. I tu kłania się zaniedbany, odrzucony, niekochany fakultet z języka niemieckiego...bo na stronach niemieckojęzycznych na pewno bym coś znalazła. Temat pozostaje otwarty, może jakiś znajomy germanista poświęci trochę czasu, zagrzebie w worze Google i coś znajdzie...



Rozmiar kłódki Vaterland w porównaniu z łyżeczką.



















Stan techniczny kłódki jest bardzo dobry. Posiada jedynie małe wgniecenie po lewej stronie. Może jakiś desperat próbował ją otworzyć bez klucza:)




Klucz do kłódki Vaterland

















Nazwa firmy Vaterland napisana nietypową czcionką
















Druga kłódka, znacznie mniejsza, nie posiada klucza i jest zamknięta. Wszystko wskazuje na to, że została wyprodukowana w Niemczech na początku XX wieku w zakładzie Freidricha Sengpiela.
Kłódki Sengpiela były produkowane  w pięciu rozmiarach:
A - 6.0cm x 8.8cm x 1.93cm - 326 gramów
B - 6.7cm x 10.0cm x 2.03cm - 432 gramy
C - 7.9cm x 11.8cm x 2.41cm - 695 gramów
D - 9.3cm x 13.8cm x 2.64cm - 1023 gramy
E - 10.4cm x 15.5cm x 2.86cm - 1222 gramy

Kłódki miały nadane numery. Do tej pory znaleziono kłódki z numerami 1-12, 4 A i 19; niektóre nie miały numerów. Być może nr 19 był wykonany na specjalne zamówienie klienta, ponieważ do dziś nie pojawiła się żadna z numerami 13-18.
Chociaż kłódki mają takie same numery, mechanizmy zamykające są różne, a więc nie można stosować zamiennie kluczy. Każdy klucz jest dopasowny indywidualnie do kłódki.
Fabrycznie były pomalowane na kolor srebrny i na niektóych z nich nadal widać ślady farby. Moja kłódka w celu odświeżenia została wyczyszczona i przemalowana na kolor czarny.

Zasuwka w mojej kłódce jest wykonana z mosiądzu i ma kształt liścia dębu i żołędzia. Młodsze modele były zrobione ze stopów.





Zasuwka w kształcie liścia dębu i żołędzia















Odnaleziono jedną kłódkę w całości wykonaną z mosiądzu (nr 4A), pozostałe obudowy i pałąki to odlew z żelaza.Większość z zachowanych kłódek pochodzi z terenu Niemiec i Polski, chociaż znajdowano też pojedyncze egzemplarze, które wywędrowały do Francji, Litwy, na Białoruś a nawet do U.S.A.

W 1879 Friedrich Sengpiel opatentował w Niemczech i Wielkiej Brytanii pod numerem 5661
"Resilient Keyhole Cover", czyli sprężynującą zasuwkę na dziurkę od klucza. W patencie nie była wprost wspomniana kłódka, więc nie ma do końca pewności czy patent dotyczył samej zasuwki, czy też kłódki z zasuwką. Friedrich Sengpiel stworzył Sengpiel Company (Schlawe, Pomerania, Niemcy), razem z bratem Oscarem opatentowali  jeszcze kilka wynalazków, m.in. zamykany breloczek w 1883. Niewiele więcej wiadomo o braciach wynalazcach, ale jeśli założyć, że kłódka została wyprodukowana w Sengpiel Company, to powstała między 1879 a 1942.

Z drugiej strony, Muzeum Zamków w Velbert (Niemcy) natrafiło na zapis, z którego wynika, że zamek został wyprodukowany przez Damm & Ladwig Company (firmę powstałą w 1870 w Velbert). Damm & Ladwig zostało wykupione przez Yale & Towne w 1927. Ta wersja wskazuje, na to, że F. Sengpiel Company dostarczało jedynie komponenty do kłódek, czyli zasuwki, a nie całe mechanizmy.



Kłódka Sengpiel's Patent



















"KNOW-HOW"
Aby zapobiegać korozji i zapewnić odpowiedni poślizg w zamku, można użyć oleju penetrującego w aerozolu ze specjalną rurką, która umożliwia smarowanie trudno dostępnych miejsc.
Do pomalowania kłódki można użyć uniwersalnej emalii do drewna i metalu w dowolnym kolorze.


Wszystkie przedmioty starodawne w Bogaczówce, poza ładnym wyglądem, muszą spełniać również funkcje użytkowe, a ponieważ jeszcze nie zgromadziłam majątku, który mogłabym ukryć w kufrze i zamknąć na kłódę, poniżej prezentuję kilka alternatywnych zastosowań:


- aby zobrazować, jak silna jest siostrzana miłość


-jako fejsbuk limiter- dla uzależnionych
 
- lub po prostu zabezpieczenie przy klasycznych majtach cnoty - w opcji z kluczem lub bez...