Wyjazd do Belgii planowaliśmy z prawie rocznym wyprzedzeniem. Sprawdziłam bilety lotnicze, kolejowe, autokarowe. Wszystkie opcje były drogie, a drogie razy 6, to już wychodzi bardzo drogo. Stanęliśmy przed trudnym wyborem: przekonać zasobami finansowymi jedno dziecko do pozostania w domu i pojechać w pięcioro osobówką albo zabrać wszystkich i wyruszyć w trasę dzieciobusem. Co prawda zimową porą mechanik naprawił "drucikami" skrzynię biegów i powiedział, cytuję: "Do Czech dojedziecie. I z powrotem też." O Belgii latem nic nie mówił, ale przecież jak weźmiemy trytytki i klucz 13, może jeszcze jakąś małą skrzyneczkę i koło zapasowe... To co może pójść nie tak? Uprzedzając obawy od razu napiszę, dzieciobus szedł jak złoto, nawet na górskich trasach, gdy z powodu objazdu musieliśmy zjechać z autobana. Jakby nie wiedział, ile ma lat...
Pojawił się jednak problem innego rodzaju. Mniej więcej w połowie drogi do Szczecina zorientowałam się, że moje prawko zostało na komodzie w sypialni. Potem przypomniałam sobie, że i tak jest nieważne, bo widnieje na nim nazwisko panieńskie (tak wiem, 18 lat to dużo czasu na aktualizację, ale jak widać jeszcze za mało) i nie ma europejskich gwiazdek, więc w zasadzie może służyć jedynie do wycinania kwadratowych ciastek albo skrobania szyb zimą. Pozostało przyznać się Czcigodnemu Małżonkowi, że może na mnie liczyć w kwestii kierowcy rezerwowego, ale w zasadzie tylko jeśli chodzi o pchanie dzieciobusa i to najlepiej z górki.
Zatem jedziemy. Trasę 1400 km rozkładamy na dwa dni. Początkowy plan uwzględniający nocleg w Szczecinie, po uważnym przestudiowaniu mapy i przeliczeniu pozostałych kilometrów, odchodzi w niebyt. A ja jako kierowca rezerwowy mam mnóstwo czasu na znalezienie noclegu w Niemczech. I tu wchodzę na wyżyny swoich możliwości. Talent do znajdowania świetnych noclegów i dobrego jedzenia, musi nadrobić wpadkę z prawkiem. No i jest elegancki apartament- 90m2 dokładnie w połowie drogi, w cenie hostelu w Szczecinie. Nocujemy i ruszamy. Po drodze jeszcze obowiązkowe zakupy w Holandii (ach te sery... błogość w sercu i na podniebieniu- 48%tłuszczu) i jesteśmy gotowi na podbój Brukseli. Może troszeczkę wymemłani podróżą, ale gotowi. Nasi wspaniali przewodnicy- Ola i Otto pokazali nam najpiękniejsze miejsca, które każdy turysta powinien zobaczyć, ale też wiele ukrytych zakamarków znanych tylko mieszkańcom. A teraz ja pokazuję je Wam.
![]() |
Łuk Triumfalny |
![]() |
Królewskie Muzeum Sił Zbrojnych i Historii Wojskowości |
![]() |
Ilość eksponatów zwala z nóg. |
![]() |
Słynne belgijskie frytki w najsłynniejszej budce Maison Antoine na Place Jourdan. |
![]() |
Mozaiki w chodnikach skradły moje serce. Można sobie taką zamówić przy swoim domu. |
![]() |
Miłośnikom architektury odradzam zwiedzanie Brukseli. Można dostać skrętu szyi i oczopląsu. |
![]() |
Smerfne sklepienie |
![]() |
Raj dla czokożerców |
![]() |
Jeden z symboli Brukseli- sikająca dziewczynka. Jest jeszcze sikający chłopiec i pies. |
![]() |
Raj dla birofili. |
![]() |
Fotobudka |
![]() |
Teatr lalek i kawiarnia w jednym. |
![]() |
Królestwo komiksów |
![]() |
Przygody Tintina |
![]() |
Wkraczamy do świata UNESCO. Grand Place. Tego bogactwa zdjęcia nie oddadzą, ani słowa nie opiszą. |
![]() |
Wieża Japońska otwarta w 1905r. |
![]() |
Pomnik Dynastii w Parku Laeken |
![]() |
Atomium |
![]() |
Tradycyjne belgijskie gofry |
![]() |
Podróż pociągiem do Brugii, której całe historyczne centrum jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. |
![]() |
Mały Książę |
![]() |
Czcigodny Małżonek by nie odpuścił takiej okazji. Spotkanie ligowe Anderlechtu. |
Muszę to napisać. Do tej pory niemiecka gościnność kojarzyła mi się ze szklanką wody i pokazaniem drzwi, albo bezpłatną kawą dla tirowców na stacji, ostatecznie jak ma być na bogato to wurst z grilla i sos, ale to czego doświadczyliśmy w drodze powrotnej mocno zweryfikowało moje stereotypy. Nocleg mieliśmy zaplanowany w Bitterfeld, więc tam też poszukałam restauracji z bardzo wysokimi opiniami. Na wejściu tablica z miłymi słowami we wszystkich językach świata. Dziękuję, danke i takie tam. Ja niemiecki oczywiście biegle w mowie i piśmie. Wchodzę i pytam: "pizza und sznycel". Dodaje na końcu znak zapytania. Właściciel kiwa głową, zachęca, żeby usiąść. Ja coś po angielsku, on po polsku dziękuje, a po niemiecku omawia szczegóły zamówienia. Ja ochoczo kiwam głową. On przynosi trzy wielkie butle wody w szkle i pyta "kupić?". My opici wodą jak bąki po tej podróży, ale kupić, kupić... Potem wjeżdżają sznycle, pizze i piwko dla utrudzonego i jedynego kierowcy. Właściciel krąży wokół nas, dogląda, pilnuje. W końcu podchodzi i mówi po niemiecku jakąś wyliczankę i pokazuje na Szakala. Pytam moje córki, które niemieckiego uczą się od lat, Pan chyba pyta czy nam smakowało? Wszyscy po kolei przytakują z zapałem, że oczywiście. Po chwili Pan przynosi porcje lodów czekoladowych i rozstawia je na stole. Chwila konsternacji... Chyba jednak nie pytał czy smakowało. Dziewczyny napomykają, że owszem w tej wyliczance było coś o"szokolade". Zjadamy ze smakiem, a ja już myślę, ile wyniesie rachunek za te niezamawiane wspaniałości. I tu znowu się zdziwiłam. Właściciel zupełnie luźno podliczył rachunek, część rzeczy uznając chyba za gratisy. Wyszło mało, a gdy chcieliśmy zostawić napiwek, to najpierw nie chciał przyjąć , a potem wcisnął Małżonkowi dwa piwa na wynos. Pożegnał nas serdecznie, a my jeszcze długo nie mogliśmy wyjść z podziwu, że zostaliśmy ugoszczeni, jak u dobrego wujka. Knajpa nazywa się Zur Gondel - Do Gondoli, gdyż w Biiterfeld od ponad stu lat odbywają się zawody balonowe. Polecam.
![]() |
Niemieckie pyszności |
![]() |
Belgijskie rarytasy |




































































































































.jpg)





















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zapraszam do komentowania i zadawania pytań