piątek, 2 października 2026

Bruksela i Brugia

Wyjazd do Belgii planowaliśmy z prawie rocznym wyprzedzeniem. Sprawdziłam bilety lotnicze, kolejowe, autokarowe. Wszystkie opcje były drogie, a drogie razy 6, to już wychodzi bardzo drogo. Stanęliśmy przed trudnym wyborem: przekonać zasobami finansowymi jedno dziecko do pozostania w domu  i pojechać w pięcioro osobówką albo zabrać wszystkich i wyruszyć w trasę dzieciobusem. Co prawda zimową porą mechanik naprawił "drucikami" skrzynię biegów i powiedział, cytuję: "Do Czech dojedziecie. I z powrotem też." O Belgii latem nic nie mówił, ale przecież jak weźmiemy trytytki i klucz 13, może jeszcze jakąś małą skrzyneczkę i koło zapasowe... To co może pójść nie tak? Uprzedzając obawy od razu napiszę, dzieciobus szedł jak złoto, nawet na górskich trasach, gdy z powodu objazdu musieliśmy zjechać z autobana. Jakby nie wiedział, ile ma lat...

 

Pojawił się jednak problem innego rodzaju. Mniej więcej w połowie drogi do Szczecina zorientowałam się, że moje prawko zostało na komodzie w sypialni. Potem przypomniałam sobie, że i tak jest nieważne, bo widnieje na nim nazwisko panieńskie (tak wiem, 18 lat to dużo czasu na aktualizację, ale jak widać jeszcze za mało) i nie ma europejskich gwiazdek, więc w zasadzie może służyć jedynie do wycinania kwadratowych ciastek albo skrobania szyb zimą. Pozostało przyznać się Czcigodnemu Małżonkowi, że może na mnie liczyć w kwestii kierowcy rezerwowego, ale w zasadzie tylko jeśli chodzi o pchanie dzieciobusa i to najlepiej z górki. 

 

Zatem jedziemy. Trasę 1400 km rozkładamy na dwa dni. Początkowy plan uwzględniający nocleg w Szczecinie, po uważnym przestudiowaniu mapy i przeliczeniu pozostałych kilometrów, odchodzi w niebyt. A ja jako kierowca rezerwowy mam mnóstwo czasu na znalezienie noclegu w Niemczech. I tu wchodzę na wyżyny swoich możliwości. Talent do znajdowania świetnych noclegów i dobrego jedzenia, musi nadrobić wpadkę z prawkiem. No i jest elegancki apartament- 90m2 dokładnie w połowie drogi, w cenie hostelu w Szczecinie. Nocujemy i ruszamy. Po drodze jeszcze obowiązkowe zakupy w Holandii (ach te sery... błogość w sercu i na podniebieniu- 48%tłuszczu) i jesteśmy gotowi na podbój Brukseli. Może troszeczkę wymemłani podróżą, ale gotowi. Nasi wspaniali przewodnicy- Ola i Otto pokazali nam najpiękniejsze miejsca, które każdy turysta powinien zobaczyć, ale też wiele ukrytych zakamarków znanych tylko mieszkańcom. A teraz ja pokazuję je Wam.

 




















Łuk Triumfalny













Królewskie Muzeum Sił Zbrojnych i Historii Wojskowości















Ilość eksponatów zwala z nóg.























Słynne belgijskie frytki w najsłynniejszej budce Maison Antoine na Place Jourdan.











Mozaiki w chodnikach skradły moje serce. Można sobie taką zamówić przy swoim domu.














Miłośnikom architektury odradzam zwiedzanie Brukseli. Można dostać skrętu szyi i oczopląsu.





























Smerfne sklepienie




















Raj dla czokożerców











Jeden z symboli Brukseli- sikająca dziewczynka. Jest jeszcze sikający chłopiec i pies.


Raj dla birofili.














Fotobudka


Teatr lalek i kawiarnia w jednym.








Królestwo komiksów


Przygody Tintina


Wkraczamy do świata UNESCO. Grand Place. Tego bogactwa zdjęcia nie oddadzą, ani słowa nie opiszą.




















































































Wieża Japońska otwarta w 1905r.


Pomnik Dynastii w Parku Laeken














Atomium








Tradycyjne belgijskie gofry








Podróż pociągiem do Brugii, której całe historyczne centrum jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 














































































































Mały Książę


Czcigodny Małżonek by nie odpuścił takiej okazji. Spotkanie ligowe Anderlechtu.




Muszę to napisać. Do tej pory niemiecka gościnność kojarzyła mi się ze szklanką wody i pokazaniem drzwi, albo bezpłatną kawą dla tirowców na stacji, ostatecznie jak ma być na bogato to wurst z grilla i sos, ale to czego doświadczyliśmy w drodze powrotnej mocno zweryfikowało moje stereotypy. Nocleg mieliśmy zaplanowany w Bitterfeld, więc tam też poszukałam restauracji z bardzo wysokimi opiniami. Na wejściu tablica z miłymi słowami we wszystkich językach świata. Dziękuję, danke i takie tam. Ja niemiecki oczywiście biegle w mowie i piśmie. Wchodzę i pytam: "pizza und sznycel". Dodaje na końcu znak zapytania.  Właściciel kiwa głową, zachęca, żeby usiąść. Ja coś po angielsku, on po polsku dziękuje, a po niemiecku omawia szczegóły zamówienia. Ja ochoczo kiwam głową. On przynosi trzy wielkie butle wody w szkle i pyta "kupić?". My opici wodą jak bąki po tej podróży, ale kupić, kupić... Potem wjeżdżają sznycle, pizze i piwko dla utrudzonego i jedynego kierowcy. Właściciel krąży wokół nas, dogląda, pilnuje. W końcu podchodzi i mówi po niemiecku jakąś wyliczankę i pokazuje na Szakala. Pytam moje córki, które niemieckiego uczą się od lat, Pan chyba pyta czy nam smakowało? Wszyscy po kolei przytakują z zapałem, że oczywiście. Po chwili Pan przynosi porcje lodów czekoladowych i rozstawia je na stole. Chwila konsternacji...  Chyba jednak nie pytał czy smakowało. Dziewczyny napomykają, że owszem w tej wyliczance było coś o"szokolade". Zjadamy ze smakiem, a ja już myślę, ile wyniesie rachunek za te niezamawiane wspaniałości. I tu znowu się zdziwiłam. Właściciel zupełnie luźno podliczył rachunek, część rzeczy uznając chyba za gratisy. Wyszło mało,  a gdy chcieliśmy zostawić napiwek, to najpierw nie chciał przyjąć , a potem wcisnął Małżonkowi dwa piwa na wynos. Pożegnał nas serdecznie, a my jeszcze długo nie mogliśmy wyjść z podziwu, że zostaliśmy ugoszczeni, jak u dobrego wujka. Knajpa nazywa się Zur Gondel - Do Gondoli, gdyż w Biiterfeld od ponad stu lat odbywają się zawody balonowe. Polecam.









Niemieckie pyszności


Belgijskie rarytasy