piątek, 4 września 2026

Moja droga

W życiu na szczęście nie każdego rodzica przychodzi moment, gdy siedzi na czerwonym, szpitalnym fotelu i czeka na powrót swojego dziecka z bloku szpitalnego. 


Siedzę, czekam, czytam książkę. Chyba wszystkie strony będę musiała przeczytać jeszcze raz. Odliczam czas. Ile to trwało za pierwszym razem? Godzina i czterdzieści minut. Jakoś tak. Patrzę na zegarek i już wiem, że doliczę jeszcze 10 minut dla chirurga. Może miał gorszy dzień, słabo spał, może zmęczony... Potem doliczam 10 minut dla anestezjologa. Może coś musiał sprawdzić. Lepiej dwa razy sprawdzić. Może jakiś dowcip jeszcze przed zaśnięciem chciał opowiedzieć. Już wiem, że doliczony czas minął, a Ona nie wraca. Obmyślam czy doliczyć jeszcze 10 minut na windę. Tak, może ktoś windę przyblokował. Kiedy już czas doliczyć 10 minut dla salowej, zaczynam panikować. W takich momentach zwracasz się do Wszechświata i prosisz, błagasz, grozisz, obiecujesz, targujesz się...


- Oddaj mi ją. Przyjdę do Ciebie na piechotę, tylko mi ją oddaj. 


Wtedy do sali wchodzi pielęgniarka:

- Mama...?

- Tak- zrywam się z fotela i odpowiadam natychmiast.


Na jej odpowiedź muszę czekać kilosekundy, gigagodziny, lata świetlne... Wiszę w próżni.

- Zapraszam do wybudzeniówki.


Do wybudzeniówki! Czuję się jakby mnie zaproszono na herbatkę do Królowej Elżbiety albo kolację w Wersalu. 


Jest, moje dzieciątko. Dziękuję. 


Obiecałam, że na wiosnę do Niego pójdę. Do Świętego Gaju. Pieszo. 25 kilometrów. Zatem wyruszam.

 














Pierwsza połowa drogi przebiegła przy pięknej pogodzie i tylko dwa razy zboczyłam niechcący z trasy. Druga połowa to ulewny deszcz, mokre ubrania i buty, burza wirująca wokół mnie na środku pola, woda ściskając po twarzy. I telefon od M czy ma po mnie przyjechać, bo... zapowiadają burze. Rozejrzałam się wokoło po polu, ścieżce, zarośniętym kanale. Tutaj nie ma jak przyjechać. Nie ma drogi. Idę dalej. Tak miało być.












Gdy dotarłam na miejsce, wyglądając jak siedem nieszczęść, dostałam propozycję kulinarną od życzliwego autochtona. A po chwili również matrymonialną. Kawaler krótko przed 70, więc dobra partia, ale musiałam odmówić. Serce me jednak ucieszyło się na myśl, że są jeszcze ludzie, którzy strudzonego wędrowca chcą nakarmić i napoić.


 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do komentowania i zadawania pytań